Cisza przed burzą
Po odprawie, bardzo miła i ładna rezydentka, Pani Magda, poinformowała nas, że mamy udać się z bagażami do autobusu nr 24. A było tych pojazdów na parkingu może ze 30. Znaleźliśmy, oddaliśmy bagaże panu kierowcy, wsiedliśmy, ja, zanim wsiadłam, obejrzałam okolicę - nic ciekawego, parking, jak parking, palmy, jak palmy, ale byłam już zmęczona. Poza tym - było ciemno:) Autokar też niczym szczególnym się nie wyróżniał. Wsiedliśmy i czekamy, mija 5, 10, 15 minut, w końcu do autobusu wsiada pan o latynoskiej urodzie (ale nie ten, który odbierał bagaż) i zaczyna mówić. Nie wątpię, że jego przekaz był cenny i ważny, przy czym bardzo się starał, ale, niestety, mówił po hiszpańsku. Po intonacji wywnioskowaliśmy, że o coś pyta. Przemówił dziad do obrazu, a obraz mu ani razu, jak mawiała moja Babcia. Nie uzyskawszy żadnej sensownej odpowiedzi, pan wysiadł. Choć jakiś tam kontakt werbalny nawiązaliśmy. Pan powiedział "hola" (cześć/witaj) i otrzymał gromkie pozdrowienie. Po kolejnych 15 minutach pojawiła się Pani Magda i szybciutko wyjaśniła, że pan pomylił autobusy, bo miał wieźć grupę z Hiszpanii :) Jak łatwo zgadnąć, w autokarze byli sami Polacy. Potem poszło gładko, Magda, bo szybko przeszliśmy na "ty" rozdała nam rozpiski, dokładnie, co do minuty określiła, kto w jakim miejscu wysiada, odpowiedziała też na trudne pytania, właściwie - padło jedno - co z tą Irmą? No, nie ukrywam, trochę powieje, ale bez paniki - odparła. Możecie być państwo spokojni. Uwierzcie, miała rację. Potem już tylko godzinka jazdy autokarem (kierowcę uczył jazdy chyba Stevie Wonder) i byliśmy w Ocean Blue & Sand. Dostaliśmy powitalnego drinka, kolację i w końcu wylądowaliśmy w pokoju. Dużym, lekko pachnącym wilgocią, z dwoma ogromnymi łóżkami, plazmą, sporym tarasem, Biblią w szafce nocnej, w wersji angielskiej i hiszpańskiej, klimatyzacją i dodatkowym wiatrakiem pod sufitem, który był jednocześnie żyrandolem. I oldskulowym telefonem.Szybki prysznic, szybki demakijaż, i już byłam w łóżku. Zasnęłam natychmiast, a mój mąż udał się na mały rekonesans :)
Na zdjęciu poniżej Biblia, trochę pachniała wilgocią...
Na zdjęciu poniżej Biblia, trochę pachniała wilgocią...

Aha. Typowy początek. Coś podobnego pisała Polly przy okazji wakacji na Krecie.
OdpowiedzUsuńA, coś kojarzę o problemach z rezydentem, w naszym wypadku Magda była idealna, zawsze pod telefonem, pomocna, uczynna i podpowiadała dobrze, co, gdzie i za ile kupić, żeby nie przepłacić. Natomiast nie pamiętam, czy pisała o problemach z kierowcą :)
OdpowiedzUsuńoooo też była Biblia w pokoju no proszę :)
OdpowiedzUsuńWidzę, że wycieczka początek jak nasza właśnie na Kretę z biurem (jak napisał Hebius) tyle, że nasza rezydentka się ulotniła w czasie rozwożenia z lotniska :D
Polly, nawet Ci wysłałam zdjęcie via FB :)
OdpowiedzUsuńo jest i foto :) ciekawe, że u nas jeszcze się Biblii nie wkłada w pensjonatach do szuflad. Na zachodzie wydaje się to już normą.
UsuńBiblia Gedeonitów.
OdpowiedzUsuńSłucham?
OdpowiedzUsuń