Zaczyna się?
Nie wiem, od czego mój szanowny małżonek rozpoczął nocne zwiedzanie hotelu, pewnie od baru przy recepcji, bo już następnego dnia był bardzo zaprzyjaźniony z jednym z barmanów. Miał na imię Alexander, ale Rosjanie nazwali go kiedyś Sasza i tak też się przedstawiał. Sasza był zdecydowanie czarnoskóry (czy to poprawne politycznie określenie ?) i przemiły. To, co wyprawiał z butelkami, serwując drinki, należałoby sfilmować, ale jakoś na to nie wpadliśmy. O Saszy będzie trochę później.
Tak gdzieś około 4 nad ranem, czasu tamtejszego, kiedy smacznie sobie spałam w najwygodniejszym i największym łóżku, jakie kiedykolwiek widziałam, wszedł mój mąż i zaczął mnie budzić.Trudna misja, bo ja, jak już zasnę na dobre, to przywrócenie mnie do świata realnego trochę trwa. Zwłaszcza o czwartej rano. Posłuchaj - powiedział poważnie - musimy pogadać, bo nie wiem,co robić. Połóż się - zaproponowałam uprzejmie i nakryłam się prześcieradłem. Lidka, to nie żarty, byłem na plaży i spotkałem takiego faceta z Kanady. No i super - odparłam i co w związku z tym? On mnie pyta, co ja tu jeszcze robię - mówi mąż bardzo zdenerwowany. On jutro rano wylatuje, Kanada wysyła na Karaiby 10 samolotów i ściąga wszystkich obywateli kanadyjskich. Szykuje się totalny kataklizm. Ok. to jeszcze trochę się prześpię i przemyślę temat - odpowiedziałam i zapadłam w sen. Wstałam o 7.00. Wyspana, zrelaksowana, prysznic, mycie zębów, szybki i lekki make-up. Woda na dzień dobry. TV włączone, mąż skacze po kanałach i jednocześnie śledzi internet. Amerykańskie stacje podają mroczne prognozy, miny też mroczne, a dominikańska TV na luzie. Tylko angielski łapiemy, mąż rozumie wszystko, ja mniej więcej, ale nasza znajomość hiszpańskiego jest zerowa. Wychodzę na taras - zero wiatru, ciepło, choć chmury są. Jestem głodna, jak diabli, Ubieramy się i idziemy na śniadanie. I tu, po raz pierwszy, mój organizm wariuje. Na Dominikanie jest 8.00 rano, w Polsce 14.00, więc wybieram dania obiadowe. Kurczak, bataty, jakąś sałatkę, a większość pieczywko, wędlinę, serki, płatki, soki, mleko. I wtedy patrzę na zegarek - kurczę, jest rano.. Po śniadaniu, które jest obiadem (te rdzennie karaibskie dania to kulinarny orgazm, tak pysznego kurczaka w życiu nie jadłam), idziemy na plażę. I rozczarowanie...
Tak gdzieś około 4 nad ranem, czasu tamtejszego, kiedy smacznie sobie spałam w najwygodniejszym i największym łóżku, jakie kiedykolwiek widziałam, wszedł mój mąż i zaczął mnie budzić.Trudna misja, bo ja, jak już zasnę na dobre, to przywrócenie mnie do świata realnego trochę trwa. Zwłaszcza o czwartej rano. Posłuchaj - powiedział poważnie - musimy pogadać, bo nie wiem,co robić. Połóż się - zaproponowałam uprzejmie i nakryłam się prześcieradłem. Lidka, to nie żarty, byłem na plaży i spotkałem takiego faceta z Kanady. No i super - odparłam i co w związku z tym? On mnie pyta, co ja tu jeszcze robię - mówi mąż bardzo zdenerwowany. On jutro rano wylatuje, Kanada wysyła na Karaiby 10 samolotów i ściąga wszystkich obywateli kanadyjskich. Szykuje się totalny kataklizm. Ok. to jeszcze trochę się prześpię i przemyślę temat - odpowiedziałam i zapadłam w sen. Wstałam o 7.00. Wyspana, zrelaksowana, prysznic, mycie zębów, szybki i lekki make-up. Woda na dzień dobry. TV włączone, mąż skacze po kanałach i jednocześnie śledzi internet. Amerykańskie stacje podają mroczne prognozy, miny też mroczne, a dominikańska TV na luzie. Tylko angielski łapiemy, mąż rozumie wszystko, ja mniej więcej, ale nasza znajomość hiszpańskiego jest zerowa. Wychodzę na taras - zero wiatru, ciepło, choć chmury są. Jestem głodna, jak diabli, Ubieramy się i idziemy na śniadanie. I tu, po raz pierwszy, mój organizm wariuje. Na Dominikanie jest 8.00 rano, w Polsce 14.00, więc wybieram dania obiadowe. Kurczak, bataty, jakąś sałatkę, a większość pieczywko, wędlinę, serki, płatki, soki, mleko. I wtedy patrzę na zegarek - kurczę, jest rano.. Po śniadaniu, które jest obiadem (te rdzennie karaibskie dania to kulinarny orgazm, tak pysznego kurczaka w życiu nie jadłam), idziemy na plażę. I rozczarowanie...
Nie wiem, czy określenie czarnoskóry jest politycznie poprawne, ale brzmi lepiej od ewentualnego Afrośrodkowoamerykanina. Ja bym tam nawet pisał normalnie, ze za barem stał murzyn. Ani Bralczyk, ani Miodek nie poddali się jeszcze i nie uznali tego określenia za pejoratywne.
OdpowiedzUsuńAfrośrodkowoamerykanin. Tak, Sasza był nim niewątpliwie :)
UsuńLidka Twój małżonek chyba na tym urlopie ani minuty nie wypoczął :D
OdpowiedzUsuńOn ogólnie jest nadaktywny :)
OdpowiedzUsuńno właśnie i po co mu ta nadaktywność była tylko stres niepotrzebny :D
UsuńOn ma imperatyw, że musi chronić rodzinę. W sumie - super, tylko ja się zdałam na łaskę Losu, a on musiał być rycerski. Najlepsze, że potem opowiadał, jak to ja dostałam ataku histerii, bo tak się bałam. Niech mu będzie :)
Usuńha ha ha no niezłego masz męża :D
Usuń