Zanim nadeszła Irma...

Dlaczego Karaiby i dlaczego Dominikana? W zeszłym roku poleciał tam mój osobisty syn ze swoją osobistą narzeczoną i wrócił zachwycony. Pomyślałam - czemu nie? Lubię słońce i ciepłe klimaty, lubię latać... Najgorsze było przekonanie męża do tego szalonego pomysłu. W końcu się zgodził. Samo miejsce, hotel wybrałam dość szybko, bo gdybym zaczęła się zastanawiać, to, jako zodiakalna Waga, do dziś bym wertowała oferty. Udało się. Parę nowych ubrań zakupiłam, jakieś japoneczki, jakieś trampeczki, bo w sumie ciuchów trochę mam, adaptery do kontaktów, kosmetyki, bo tych hotelowych nie lubię, wyznając zasadę, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego, kartę pamięci do telefonu i aparatu, coś tam jeszcze. Nawet nadbagażu nie mieliśmy, bo stwierdziłam, że szaleć z ubraniami nie będę - oprócz kosmetyków, wzięłam może z 5 sukienek, z 7 bluzek, 5 par butów, kilka par spodni, jakieś spodenki, spódniczki, wszystko letnie,więc i lekkie. Plus 3 torebki. Jak na tygodniowy wyjazd - malutko :) A, do podręcznego kilka książek i jakieś tam duperele. 
Nadszedł dzień wyjazdu.Miałam trochę Reisefieber, bo to jednak 11 godzin lotu, ale co to dla mnie :) 
Wstałam raniutko, szybki prysznic, szybki makijaż, wygodny strój na podróż. Robiąc kanapki na śniadanie, włączyłam radio i wtedy TO usłyszałam: "Prawdopodobnie najsilniejszy w historii huragan już wkrótce zaatakuje wyspy karaibskie" Czy coś w tym stylu. Głęboki wdech, wydech, wyłączyłam radio i dokończyłam robienie śniadania. Co ma być, to będzie - mruknęłam pod nosem... 
Jakoś dobudziłam Młodego, który nas zawoził na lotnisko, jakoś się zwlókł z łóżka, wykąpał, coś przegryzł, w końcu ruszyliśmy. Lot był o 15.15, ale na odprawę musieliśmy stawić się już o 12.00, bo samolot duży, pasażerów też dużo, więc odprawa, siłą rzeczy, też musiała potrwać. W drodze ciągle w radio nawijali o tej nieszczęsnej Irmie. Na lotnisku też. W końcu, po odprawieniu bagażu, przepikaniu mnie przez bramkę (to już tradycja), zakupach w Duty Free, weszliśmy na pokład. Już w biurze podróży dopłaciliśmy po 100 złotych za klasę ekonomiczną plus, czyli trochę więcej miejsca mieliśmy, w środkowym rzędzie. Dokupiliśmy też pakiet filmów (to był błąd) i w końcu zaczęła się karaibska przygoda... To znaczy samolot z lekkim opóźnieniem wzniósł się w przestworza :) Jeśli chodzi o filmy, to były albo po angielsku, albo tak nudne (z napisami), że po 15 minutach miałam dość. Mogłam obejrzeć "Pingwiny z Madagaskaru" czy jakieś kreskówki o Kaczorze Donaldzie, ale dałam sobie spokój, wyciągnęłam z torby "Nic zwyczajnego" Michała Rusinka i pochłonęłam książkę w dwie godziny. Polecam. Potem zabrałam się za (niech mi  śp. Autorka wybaczy), potwornie nudne pamiętniki Osieckiej. Czytać się nie dało, spać mi się nie chciało. Najciekawszym punktem lotu było obserwowanie aplikacji "Where we are", czyli na ekranie widziałam aktualne położenie samolotu, temperaturę na zewnątrz, no, po prostu wciągające, jak węgierski kryminał  z lat 70 w oryginale :) Szczególnie, że większość czasu lecieliśmy nad Atlantykiem. Posiłek dietetyczny, ale bardzo smaczny, wspaniałe kanapki z kurczakiem z sałatą, potem też kurczak z brązowym ryżem i genialnie przyprawioną marchewką. Plus drink - wódka z colą dla męża, dla mnie 2 lampki czerwonego wina. I herbata. Soki, cola, woda. W końcu kapitan ogłosił, że za 30 minut wylądujemy w Punta Cana. To było najdłuższe 30 minut w moim życiu. 11 godzin lotu, oczy na zapałki i jeszcze godzina odprawy - tak miłych, uśmiechniętych ludzi dawno nie widziałam. Króciutka wizyta w WC, wyszliśmy na zewnątrz i kiedy owiał mnie ciepły wietrzyk, który nie zwiastował żadnej cholernej Irmy, pomyślałam - jak dobrze, że TU jestem...


Komentarze

  1. zabrałaś tak mało ubrań a do tego 3 torebki ??? ha ha ha Lidka jesteś niemożliwa.

    Powiem szczerze, że nie wiem jak bym zareagowała na takie wiadomości w radio jakbym się właśnie wybierała na lotnisko ... odważna jesteś. Tym bardziej, że to wyspy nie stały ląd więc połączenie z lądem może być utrudnione jak coś się dzieje ...

    No ale nie jesteś tchórzliwa. A czemu mąż musiał być przekonywany ? domator ?? czy klimaty nie jego ??

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Sorry, ja blogowo dopiero raczkuję :) Polly, nie jestem z natury strachliwa, poza lękiem wysokości, boję się tez żab i pająków. A na siły wyższe wpływu nie mam :) W dalszej części opowieści przyznam się, że niepokój jednak był...
    Mój mąż nie lubi latać, stąd o USA nie chciał słyszeć, a popatrz, poleciał nawet kawałek dalej :) Jacek latał bardzo często do Hiszpanii z racji funkcji, którą pełnił kiedyś w Seacie, Baleary zwiedził całe. Był w Korei Południowej i fatalnie zniósł lot, może dlatego, że mnie nie było w pobliżu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwsze koty za płoty :)

      Usuń
    2. Darek,będą i zdjęcia, póki co, mogę wrzucić kilka z FB, bo resztę mam na karcie pamięci, wyjętej z telefonu, a telefon zmieniłam. Powoli zaczynam ogarniać temat, ale baaaardzo powoli. Wpis rozszerzony, jak widać :)

      Usuń
    3. Zamiast rozszerzać lepiej było dać jako nowy, kolejny. Internet nie lubi długich tekstów.

      Usuń
    4. No daj spokój, jeden dzień mam rozbić na dwa? :P

      Usuń
    5. A czemu nie? Nic cię nie ogranicza :P

      Pomyśl o awatarze, czymś ładniejszym zamiast tego firmowego B.

      Usuń
    6. no proszę Lidka nieźle Ci idzie :D masz częstotliwość blotek lepszą niż ja :D

      Usuń
  4. Zmiana awataru na blogu:

    1. wchodzisz w panel zarządzania blogiem
    2. wybierasz w Ustawieniach zakładkę Ustawienia użytkownika
    3. na karcie, która się otwiera masz od góry:
    Ogólne Profil użytkownika Blogger - klikasz Edytuj
    4. na nowej karcie Edytuj profil użytkownika masz gdzieś po środku pole Zdjęcie profilowe - wybierasz z komputera, dodajesz - później tylko wystarczy kliknąć Zapisz profil

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty