Żeby niczego nie było?

Wiesz - Sasza rozpoczął swój monolog - no idzie ten huragan, Polakom powiesz, ok, Amerykanom powiesz - ok, nie mów tego Rosjanom, bo się napiją i pójdą z nim walczyć. Dlatego nie kupicie nawet piwa, wszyscy muszą być trzeźwi. W razie ewakuacji. Nie wiem, jak ty - mówi do mnie mąż, ale ja muszę się rumu napić. A sam trochę się boję wypuszczać poza hotel. Idziesz? Może jakiś samochód wynajmiemy? - pytam. To chyba ty pojedziesz? Pojadę - stwierdzam, co za problem? Niestety, wypożyczalnia była w pobliskim miasteczku/wsi. No dobra, idziemy po ten rum - padła decyzja. Nie wzięłam ze sobą telefonu, mąż miał, mój był zamknięty w sejfie, z gotówką, akurat w tym momencie wyłączyli prąd i sejf się zaciął. Mieliśmy tylko kartę męża i 3 dolary w kieszeni. Albo 5. Wycieczka była w sumie udana, obejrzeliśmy śliczne wille na sprzedaż, pod powyginanymi na wszystkie strony palmami, na zupełnie wyjałowionej ziemi, leżało sobie stado dzikich psów. W rożnym wieku i różnej płci, co oczywiste. Wszystkie rude. Mąż nawet nie musiał mi mówić, żebym się do nich nie zbliżała, nie wyglądały na zaprzyjaźnione z ludźmi :) Dotarliśmy do miasteczka/wsi, po drodze wszyscy nas pozdrawiali tradycyjnym "Hola!!!" Oczywiście, wszyscy uznali, że jesteśmy Rosjanami :) No, ja to ja, ale mój mąż to na Rosjanina, z żadnej strony nie wygląda. Lokalny folklor - w małej knajpce sami faceci, popijający jakieś zacne trunki, popalający cygaretki, żywa gestykulacja, język zbliżony do hiszpańskiego (i tak go nie znam, więc uznaję, że był to hiszpański). Kobiet zero. Pierwszy raz w życiu widziałam wypożyczony z innego sklepu terminal - już pisałam - nie mieliśmy gotówki :) Kupiliśmy rum, odskulowe kartki, które niektórzy z Was dostali, jakieś pizdryki :) i wróciliśmy, zaliczając po drodze tropikalną ulewę - 5-10 minut deszczu i za chwilę słońce. Szybka kolacja, wróciliśmy do pokoju, gdzie czekała na nas rozpiska w kilku językach. Zasadniczo, pobieżnie - nie wolno nam było pod żadnym pozorem opuszczać pokoju, za to musieliśmy reagować na telefon stacjonarny, bo w każdej chwili można się było spodziewać telefonu z recepcji, należało też naładować komórki i nie denerwować się :) Po 15 minutach dostaliśmy do pokoju prowiant - kanapki, owoce, soki, chrupki, mleko, jakieś batoniki (woda była uzupełniana na bieżąco w lodówce) a do tego, świeczki i zapałki. Jak zwykle, zaliczyłam szybki prysznic, umyłam zęby i, dla kurażu, łyknęłam trochę tego rumu. Dobry Jezu, mój śp. Stryjek w latach komuny chyba lepszy bimber pędził - nie wiem, nie piłam. Mąż znowu poszedł na rekonesans - każ Polakowi nie zobaczyć, co się dzieje :) Wrócił i mówi - wojsko przyjechało, ma się zacząć o 8.00. Co miało się zacząć, czemu o 8.00 i co do tego ma wojsko - wyłączyłam myślenie i zasnęłam :)

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty